To już ma nazwę. Doczekało się definicji słownikowej. Wymyślili ją Japończycy.
Nazywa się tsundoku.
O czym piszę? O tym, co ostatnio robię niemal notorycznie. Kupuję książki. Oczywiście, nie jest to żadna nowina, robię to odkąd posiadam minimum własnych pieniędzy, ale dawniej przynajmniej zakupione książki czytałam. A teraz odstawiam je na półkę, co najwyżej przejrzawszy, pomacawszy kartki i obwąchawszy papier. Książki stoją na regałach, piętrzą się w stosikach lub szwendają rozrzucone tu i tam po domu, ale nie są czytane.
Z niewiadomych przyczyn nagle z Czytelnika przekształciłam się w Kolekcjonerkę. Nie wiedzieć kiedy liczba nieprzeczytanych własnych książek sięgnęła kilkudziesięciu i z każdym kolejnym dokupionym czy - wstyd przyznać - podarowanym woluminem, liczba ta wzrasta.Nabycie czytnika nieco przystopowało zakupowe szaleństwo, ale wcale nie przyczyniło się do zredukowania nieprzeczytanych tytułów w wiedźmim księgozbiorze. Jak tak dalej pójdzie to i emerytura okaże się czasowym deficytem. Straszne.
Oj, znam to znam. Też kupuję, potem długo lezy nieprzeczytane. Ale w końcu kiedyś przeczytam, w odpowiedniej chwili, mając odpowiedni nastrój. Część książek, które kupuje ma służyć jako referencje/do nauki, więc fakt, że ich nie przeczytałam w całości nie stanowi problemu. Ostatnio po porządkowaniu swoich książek znalazłam parę starych, zapomnianych książek. Skoro przypomniałam sobie, że je mam, to przeczytam. Chyba cześciej trzeba porządkować zbiory. ;)
OdpowiedzUsuńCzytałaś ostatnio jakieś zakupione książki?
Ja lubię sięgać po nowe-stare książki. Czasem przeglądam półki i przypominam sobie "O, kupiłam kiedyś coś takiego! Fajnie". I dalej sobie leży :) Ale ostatnio sięgnęłam po "Zaskoczeni śmiechem" Lindvalla.
Usuń