To już ma nazwę. Doczekało się definicji słownikowej. Wymyślili ją Japończycy.
Nazywa się
tsundoku.
O czym piszę? O tym, co ostatnio robię niemal notorycznie. Kupuję książki. Oczywiście, nie jest to żadna nowina, robię to odkąd posiadam minimum własnych pieniędzy, ale dawniej przynajmniej zakupione książki czytałam. A teraz odstawiam je na półkę, co najwyżej przejrzawszy, pomacawszy kartki i obwąchawszy papier. Książki stoją na regałach, piętrzą się w stosikach lub szwendają rozrzucone tu i tam po domu, ale
nie są czytane.
Z niewiadomych przyczyn nagle z Czytelnika przekształciłam się w Kolekcjonerkę. Nie wiedzieć kiedy liczba nieprzeczytanych własnych książek sięgnęła kilkudziesięciu i z każdym kolejnym dokupionym czy - wstyd przyznać - podarowanym woluminem, liczba ta wzrasta.Nabycie czytnika nieco przystopowało zakupowe szaleństwo, ale wcale nie przyczyniło się do zredukowania nieprzeczytanych tytułów w wiedźmim księgozbiorze. Jak tak dalej pójdzie to i emerytura okaże się czasowym deficytem. Straszne.